prawnik czy prawniczka

Odpowiedź na to pytanie powinna być oczywista, wszak język polski jest językiem fleksyjnym. Nawet małe dziecko wie, że wszystko w jego otoczeniu musi należeć do jednego z trzech rodzajów: męskiego, żeńskiego bądź też nijakiego. Jak to sprawdzić? Prosta sprawa, wystarczy tylko odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jest to ten, ta czy też to i już po chwili wiemy wszystko. Z cała pewnością możemy też powiedzieć czy osoba, którą widzimy, to ten: nauczyciel, lekarz, artysta, pielęgniarz, sekretarz czy też ta: nauczycielka, lekarka, artystka, pielęgniarka czy sekretarka. Gdyby jednak wszystko było tak jasne i oczywiste jakby się wydawało…

Na naszym języku, podobnie zresztą jak na każdym innym, odcisnęła swe piętno potężna siła: kultura. W sumie nic w tym dziwnego, wszak każdy wie, że język jest jej nośnikiem. Jeśli więc weźmiemy pod uwagę fakt, iż przez wiele setek lat jedynie mężczyźni mogli osiągać wykształcenie, a co za tym idzie piastować wysokie stanowiska, nic w tym dziwnego, że właśnie męska forma zlała się z zawodami  cieszącymi się prestiżem lub wymagającymi wysokich  kwalifikacji. Zatem zawody takie jak na przykład poseł, minister, ambasador, profesor lub prezydent, zostały zawłaszczone przez formę męską, która w razie potrzeby była okraszana pasującym do tej formy jak pięść do nosa określeniem doprecyzowującym – Pani.

Paradoksem  historii jest fakt, że zmiany związane z emancypacją kobiet spowodują w tym zakresie powrót do historii tj. do ogólnych zasad języka polskiego. Już bowiem na początku XX wieku językoznawcy zdecydowanie opowiadali się za stosowaniem nazw żeńskich, „nawet, choćby się to nie podobało interesowanym. W miarę przypuszczania kobiet do studiów uniwersyteckich może będziemy musieli stworzyć jeszcze i magisterkę (farmacji), a może i adwokatkę, i nie cofniemy się przed tem, czego różnica płci wymaga od logiki językowej” [PorJ, 11 (1911), z. 8, s. 117–119]. W tym samym zaś czasie w piśmiennictwie często stosowano żeńskie wersje tytułów zawodowych czy naukowych takie jak np.: doktorka, docentka, profesorka, inspektorka, kierowniczka, ławniczka, prezeska, skarbniczka, referentka, wizytatorka, przewodnicząca etc. Działo się to zaś w czasach, w których stosowanie męskiej formy nazwy zawodu wobec kobiet było z całą pewnością w pełni  zrozumiałe, kiedy to pierwsze panie swym zachowaniem dowodziły, iż wbrew temu co się wcześniej uważało, nie są zbyt wrażliwe, „naturalnie delikatne, opiekuńcze, niezdecydowane i emocjonalne”, aby nie mogły wykonywać odpowiedzialnych zawodów, w tym zawodów prawniczych. Kobieta prawnik jako niezwykłe zjawisko mogła dziwić w 1919r., kiedy to Helena Wiewiórska  rozpoczynała aplikację u mec. Mieczysława Ettingera lub w 1925r., gdy po zdaniu egzaminu adwokackiego została jako pierwsza kobieta wpisana na listę adwokatów. Postęp jednak trwał i  już przez drugą wojną światową grono prawników fachowych poszerzyło się o kolejne Panie wykonujące zawód sędziego oraz prokuratora. I wydawać by się mogło, że język polski nadążał za zmianami obyczajowymi, jednak druga wojna światowa, ku mojemu ubolewaniu, zahamowała  ten proces, utrwalając męskie formy zawodów.

W konsekwencji czego dziś wiele z nas nie wie, jak ma się przedstawić… Po prawdzie, dlaczego ja jako kobieta, mam przedstawiać się jako prawnik, radca prawny, mediator, skoro nim nie jestem i jeżeli jedynym argumentem przemawiającym za używaniem męskiej formy nazwy wykonywanego przeze mnie zawodu jest nic innego jak zwykłe przyzwyczajenie. Dlaczego połowa osób wykonujących zawód fachowego pełnomocnika: adwokata lub radcy prawnego, ma kryć swą płeć pod męską formą nazwy zawodu? Dlaczego zawsze mówi się prokurator jeśli ponad połowa osób wykonujących ten zawód należy do odmiennej językowo części społeczeństwa. Dlaczego nie możemy głośno, bez narażania się na dziwne spojrzenia postronnych, powiedzieć „jestem adwokatką, mecenaską czy radczynią prawną”. Walczmy o logikę języka polskiego i nasze prawa leksykalne, tak by nasz język wrócił do swej fleksyjnej normy, prawidłowej odmiany, naszego własnego tradycyjnie polskiego gender.

Na marginesie, chciałam wspomnieć, że przez wiele lat irytowało mnie słowo „ministra”- takie ni pies ni wydra nie wiadomo co, ale przecież jakby na to nie spojrzeć, po pewnym zaskoczeniu wydaje się być ono prawidłowe i językowo logiczne: ten minister, ta ministra. Wszak gdy kobiety po raz pierwszy weszły do parlamentu, gdzie zajmowały zaledwie kilka procent miejsc, kontrowersje budziły słowa takie jak senatorka czy posłanka. Zanim zaś żeńska forma słowa poseł się wykrystalizowała, przez pewnie czas w obrocie funkcjonowały jeszcze formy takie jak „poślina”, „poślica” [PorJ, 1919,s. 55], a nawet  „posełkini” [PorJ, 1919, s. 55]. Mam więc nadzieję, że z czasem wraz z większą ilością ministrów płci fleksyjnie odmiennej, dziś brzmiąca nienaturalnie dla naszych uszu ministra zobojętnieje i słowo to będzie dla nas tak samo przezroczyste i pozbawione emocji jak słowo posłanka, aplikantka, notariuszka czy też lekarka, które wszystkie swego czasu brzmiały kontrowersyjnie.

Pozostawiam Państwa z tą myślą, ja radczyni prawna Wiesława Kulig – Wyporska.

Czytaj poprzedni

Pierwszy raz w sądzie.

Czytaj następny

Pierwszy raz w kancelarii